Działalność oficjalna

Na ziemi włoskiej!

Nasz pobyt we Włoszech rozpoczął się od przylotu do Bolonii.  Od razu doceniliśmy przyjemną, jak na tę porę roku, temperaturę, odczuwalnie wyższą niż w Polsce. Jednak to nie stolica regionu Emila-Romania była celem naszej wycieczki, więc szybko udaliśmy się na dworzec, skąd pociągiem dojechaliśmy do Florencji. Dopiero w drodze powrotnej okazało się, że ogromną część z tej trasy stanowiły tunele, których ze względu na ciemność i układanie kostek  w pociągu po prostu nie zauważyliśmy. Ciekawostką jest, że plan tamtejszej stacji - Firenze Santa Maria Novella, zaprojektowanej w latach trzydziestych, widziany z góry miał przypominać kształtem rózgi liktorskie. Dworzec jest uważany za arcydzieło włoskiego modernizmu. Późnym wieczorem dotarliśmy do naszego hostelu, który zaskoczył nas pewnymi nietypowymi rozwiązaniami  w pokojach.

W pierwszym dniu zwiedzania skupiliśmy się na miejscach, których zobaczenie jest absolutną koniecznością dla wszystkich turystów odwiedzających  Florencję. Zaskoczyło nas to, jak długie były kolejki na odwiedzenie niektórych zabytków w czwartkowe przedpołudnie pod koniec listopada. Na początek udaliśmy się do miejsca będącego symbolem miasta, a więc do katedry  Santa Maria del Fiore, znanej również jako Duomo. Postanowiliśmy wejść na jej kopułę, skąd roztacza się przepiękny widok na całą Florencję. Odwiedziliśmy również most Ponte Vecchio, a także poszliśmy na Piazzale Michelangelo, skąd można zobaczyć całe historyczne centrum miasta oraz przepływającą przez Florencję rzekę Arno. Nie mogło zabraknąć wątku sportowego, więc na koniec dnia udaliśmy się w okolice Stadio Artemio Franchi, gdzie swoje mecze rozgrywa piłkarski klub Fiorentina. 

Drugi dzień ponownie rozpoczęliśmy od wspinaczki, tym razem na kampanilę Giotta, czyli dzwonnicę katedry Duomo. Następnie zwiedziliśmy muzeum, w którym zobaczyliśmy mnóstwo renesansowych dzieł, z których słynie Florencja.  Po wyjściu stamtąd uznaliśmy, że wyjazd do Włoch byłby niepełny, gdybyśmy nie spróbowali prawdziwej włoskiej pizzy, więc Już po chwili siedzieliśmy w pizzerii i zajadaliśmy się pizzą prosto z pieca. Nie musimy chyba dodawać, że smakowała zupełnie inaczej niż w Polsce. Posileni mogliśmy ruszyć dalej w kierunku południowej strony miasta, gdzie zobaczyliśmy Palazzo Pitti, a także odwiedziliśmy znajdujący się na jego tyłach największy florencki park – Giardino di Boboli. Ostatnim celem dnia był kościół Santa Maria Novella, po zobaczeniu którego poszliśmy do hostelu, by przygotować się do sobotnich zawodów. 

W sobotę wstaliśmy odpowiednio wcześnie, aby dotrzeć na czas z Florencji do Montecatini Terme, gdzie w kameralnej sali konferencyjnej Hotelu Tuscany Inn miały się odbyć zawody Tuscany Open 2017. Warto wspomnieć, że zespół organizacyjny kontaktował się z nami wcześniej drogą mailową. Kilka dni przed zawodami do wszystkich zawodników została wysłana wiadomość w języku włoskim oraz angielskim, zawierająca wskazówki dojazdu, informacje o spotkaniu integracyjnym planowanym po zakończeniu, a także ogólnych kwestiach organizacyjnych. Przy wejściu powitał nas Simone Cantarelli, jeden z delegatów, który czuwał nad regulaminowym przebiegiem imprezy wraz z Gianlucą Placentim. Podczas rejestracji i odbioru identyfikatorów przez zawodników trwało jednocześnie rozstawianie stanowisk startowych na scenie. Niestety harmonogram nie przewidział czasu na powitanie i szkolenie dla nowicjuszy, dlatego pierwsza konkurencja rozpoczęła się z około 10-minutowym opóźnieniem. Organizatory nie mieli do dyspozycji dużej przestrzeni, stąd limit 45 zawodników. Ostatecznie w turnieju wzięło udział 41 osób. Było to zdecydowanie najmniejsze pomieszczenie, w jakim przyszło mi uczestniczyć na oficjalnych zawodach WCA, co dało się we znaki. Brak możliwości rozmieszczenia większej ilości stanowisk nie pozwolił nadrobić opóźnienia sięgającego  kilkudziesięciu minut, nawet mimo dość sprawnego przeprowadzania konkurencji. Z powodu niedostatecznej przestrzeni nie zdecydowano się na system runnerski, a poczekalnia była słabo oddzielona od sceny. Zawodnik oczekujący na swoje ułożenie miał względnie dobry widok na wszystkie stanowiska startowe, a na te najbliżej strefy, w której przebywał miał wgląd niemal tak dobry jak sędzia. To było jednak nie do uniknięcia we wspomnianych okolicznościach i trzeba przyznać, że pomimo trudności, organizatorzy starali się wykorzystać każdy metr. Bardzo dobrze była oddzielona strefa mieszaczy. Strefa zawodnicza była zorganizowana w układzie kinowym, podobnie jak na PN 2016, co w tym wypadku było koniecznością i pozwoliło wszystkim się swobodnie zmieścić.

Włoska ekipa nie dysponowała sędziami zewnętrznymi, jednakże dzięki zaangażowaniu pozostałych uczestników nie było dłuższych przestojów, scena była w pełni obłożona, a mieszacze nadążali ze scramblami. Jako polska delegacja również nie przynieśliśmy wstydu i przez cały dzień pomagaliśmy w przeprowadzeniu zawodów. W sytuacji kryzysowej, gdy zabrakło mieszaczy do clock’a, nawet nauczyłem się szybko notacji i wraz z Filipem obsłużyliśmy znaczną część rundy. Mimo mojego znikomego doświadczenia z tą układanką obyło się bez misscrambli. Rozgrywana była również konkurencja Fewest Moves. Ponieważ nie było sali bocznej, wykorzystane zostały stoły ze stanowiskami na scenie głównej, z których na ten czas zdjęto stacki i displaye. Przy temacie stacków warto podkreślić, że zastosowano o-ringi,  przydatne rozwiązanie, wprowadzane od niedawna także u nas.  Jeszcze jednym elementem, na jaki trzeba zwrócić uwagę, był brak komunikatów w języku angielskim. Gdy na zawodach są zagraniczni uczestnicy może to doprowadzić do nieporozumień, w naszym wypadku dowiedzieliśmy się o zmianie cutoffa w 4x4 przez przypadek, kiedy to Filip sędziował ułożenie 4x4x4 innemu zawodnikowi. Pomimo kilku niedociągnięć i ograniczeń stojących na drodze, zespół organizacyjny w składzie Miriana Cecchi i Simone Santarsiero, zdecydowanie nadrobił straty dzięki przyjaznej atmosferze zawodów. Ten drugi przygotował wideorelację z zawodów, którą można zobaczyć poniżej. Zapraszamy też do zerknięcia na fotorelację z turnieju

Filip zakończył rywalizację z szóstym miejscem w clocku, ja ze srebrnymi medalami w FM-ie i trójce blindem oraz ze złotem w układaniu jedną ręką. Niestety po zakończeniu musieliśmy już jechać ze względu na ostatni pociąg powrotny do Florencji, nie było nam więc dane uczestniczyć w spotkaniu integracyjnym w hotelowej restauracji. Wychodząc pożegnaliśmy się z naszymi kolegami z Włoch, uprzednio zaprosiwszy ich na zawody do Polski, co zostało entuzjastycznie przyjęte. Liczymy zatem na ponowne spotkanie w ciągu najbliższych miesięcy. Na tym wyjazd właściwie dobiegł końca, bo w niedzielę rano opuściliśmy Florencję, a późnym popołudniem byliśmy już w Warszawie.

Tekst: Michał Bogdan i Filip Kopeć 

inne z kategorii